sobota, 7 października 2017

Ziołowisko. Krem z kakao, shea i migdałów - na zmarszczki, piękną cerę i dobre samopoczucie

Nie jestem farmakologiem. Nie jestem zielarzem. Ale jestem osobą, która coraz bardziej świadomie stara się wykorzystywać w swojej kuchni, apteczce i kosmetyczce cudeńka, jakimi obdarza nas matka-natura. Naturalne. Kiedyś kupowałam mikstury do smarowania twarzy i ciała w sprawdzonych sklepach internetowych, za niemałe - w porównaniu do chemicznych odpowiedników - pieniądze. Dzisiaj zaopatruję się tam w mydła, robione na badzie olejów, a nie gliceryny, bo moja skóra woli właśnie takie. Uczyłam się jak poszczególne składniki wpływają na moją skórę - po 40-tce, mającą wokół świeże warmińskie powietrze, bez spalin, nie zmęczoną nadmiarem kosmetyków do makijażu, stosowanych przeze mnie na tzw. wyjście, a i to z umiarem. A mimo to kapryśną, bo:
- tłustą, choć widzę, że na "stare" lata, czyli po 40-tce zmienia się w kierunku bardziej suchej, stąd kremy extra nawilżające zastępuję tłustymi,
- nadwrażliwą na chemię - natychmiast robi się wściekle czerwona, kiedy producent przesadzi z jakimś składnikiem, wystarczy, że jest to koenzym Q10, na zmarszczki, który znoszę wyjątkowo źle,
- nie toleruje wielu olejów uznawanych za cudowne (efekt jak wyżej), np. arganowego,
- nie cierpi kwasów, żadnych,
- wrażliwa jest na złuszczanie, więc peeling jest tylko od wielkiego święta, baaardzo oszczędnie,
- twarz (na szczęście zwykle tylko ona) nie lubi niektórych olejków zapachowych uznawanych za super, np. lawendowego, z drzewa herbacianego, nie stosuję więc ich wcale do kremów czy toników.
I tak oto, eliminując kolejne składniki, zostałam z tymi, które krzywdy nigdy mi nie robią, ani w stuprocentowym stężeniu ani mieszankach między sobą. Są to przede wszystkim masła w czystej, kosmetycznej postaci:
- kakaowe (daje leciutki odcień opalenizny na skórze, ale w naturalnym kolorze, a nie żółtym jak samoopalacze sklepowe),
- shea (natłuszcza, a przede wszystkim wygładza zmarszczki, ale o wiele dłużej się wchłania niż kakaowe, więc stosuję na noc),
- olejek migdałowy (mamy go na spółkę z moją niespełna trzymiesięczną córeczką - jako leciutki kremik do twarzy dla mnie i do całego ciała dla niej, zwłaszcza po kąpieli i na buzię przed wyjściem na dwór),
- olejek rycynowy - do skóry głowy i włosów, kiedy potrzebny im ratunek, np. teraz po ciąży, kiedy zaczynają się buntować i wypadają. I choć to normalny proces, wspomóc organizm zawsze warto.
I dzisiaj właśnie wymieszałam sobie swój ulubiony krem. Jesienią i zimą stosuję go przez całą dobę (nie nadaje się jedynie pod makijaż, bo za tłusty), a kiedy na dworze cieplej, na noc. Cudownie wygładza skórę, nadaje jej świeży kolor, koi i odżywia. A robię go tak: mieszam w miseczce ustawionej w większym naczyniu z wrzątkiem (czyli tzw. kąpieli wodnej) w równych częściach masła kakaowe i shea - ja używam po 1/4 opakowania, czyli ok. 25 g, dodaję do tego 3 łyżeczki do herbaty olejku migdałowego i czekam aż masła całkiem się rozpuszczą. Mieszam energicznie szpatułką, łyżeczką czy czymś innym i przelewam do sterylnego pojemniczka. Po około 12 godzinach mikstura ma już konsystencję mazidła. Olejek migdałowy służy tu głównie temu, by rozrzedzić konsystencję twardego masła kakaowego i mazistego shea. Dla mnie trzy łyżeczki wystarczą, ale proporcje oczywiście mogą być inne. Spróbujecie sami!

środa, 30 sierpnia 2017

Ziołowisko. Pożyteczny nagietek

W poprzednim poście pokazałam Wam fragmenty swoich rabat, na których, prócz aksamitek i cynii, pysznią się nagietki. Mam ich dużo, zawsze. Są niezawodne - nie straszne im wiosenne przymrozki, przejściowe susze - palowy korzeń potrafi głęboko wbić się w ziemię, poszukując wilgoci. Szkodzi im nieco niska temperatura i nadmiar deszczu, bo te kwiaty wrażliwe są na mączniaka, a grzyb ten doskonale rozwija się właśnie przy deszczowej, chłodnej aurze. Trudno.

Nagietek na rabacie warzywnej fot. Wierzbowisko
Nie o tym jednak dzisiaj.
Dzisiaj o niewątpliwych zaletach nagietka - tak tych ogrodowych, jak i dla naszej urody.
Nagietek w ogrodzie sieję na przeróżnych rabatach. Jeśli zacienia mi jakieś warzywa, po prostu go przycinam albo wyrywam, bo na zasobnej w składniki pokarmowe glebie potrafi rozrosnąć się do pięknego kolorowego "krzaczka" o metrowej prawie wysokości.
Sieję go w warzywniku, bo:
-  przyciąga pszczoły, które zapylają kwiaty,
-  przyciąga owady z rodziny bzygowatych, a ich larwy uwielbiają z kolei mszyce żerujące np. na pomidorach, bobie i wielu innych warzywach,
-   można obserwując go przewidzieć deszcz, bo - nim zacznie padać - zwija swoje kwiatki w ciągu dnia.
Lubię go w domowej kosmetyczce, bo:
- działa przeciwzapalnie, łagodząco, kojąco.
Ja używam go tak:
najpierw suszę kwiaty, zebrane w słoneczną pogodę - w suszarce do grzybów, powoli, ustawiając na 1 stopień. By poszło szybciej, a susz zajął mniej miejsca w słoiku, odrywam wcześniej starannie płatki i suszę tylko je. Przechowuję w szafce w szczelnie zamkniętym słoiku.
Kiedy potrzebuję ,susz zalewam olejem (mój ulubiony to migdałowy) lub oliwą i podgrzewam przez około pół godziny na gazie, by właściwości kwiatów przeszły do oleju. Studzę macerat i pozostawiam jeszcze na dobę do naciągnięcia. Odcedzam na sitku o drobniutkich oczkach.
Takim maceratem można już przecierać skórę wacikiem, ale ja używam go najczęściej jako rozcieńczalnik do trudno rozsmarowującego się w surowej postaci masła shea albo kakaowego. Po prostu podgrzewam masło, dodaję macerat, podgrzewam raz jeszcze i przelewam do sterylnego pojemniczka, by stężał. Potem używam jako kremy.
Dla niewtajemniczonych, w telegraficznym skrócie - masło shea doskonale natłuszcza, łągodzi napięcia skóry, ale też ma działanie przeciwzmarszczkowe. Kakaowe jest nieco lżejsze, nie pozostawia aż tak tłustego filmu jak shea i z kolei działa jak delikatny samoopalacz - przy regularnym stosowaniu skóra nabiera pięknego, lekko opalonego odcienia, nie mającego nic wspólnego ze wściekłą żółcią, jaką zazwyczaj kończy się używanie w nadmiarze kupowanej chemii. Z suszu nagietkowego można też robić po prostu płukankę, czyli parzyć we wrzątku i płukać nim np. gardło przy stanach zapalnych (doskonały w połączeniu z szałwią) albo używać jako tonik do przemywania twarzy.

Energia u schyłku lata

Ogrodem w tym roku się nie chwalę. Nie miałam czasu się nim zająć, bo na świat z końcem lipca przyszła nasza córcia. Starałam się jako tako podlewać skrzynie z cukinią, buraczkami, marchewką, groszkiem cukrowym, kukurydzą i fasolkami. Jakoś udało mi się wyhodować zapas warzyw, niewielki, za to ekologiczny, który zamknę na zimę w słoiczkach dla naszego maluszka. Źle mi z tym, że działka trawskiem i zielskiem niekontrolowanym zarasta. Owszem, lubię łąkę, ale nie wszędzie i nie byle jaką. Nie taką, która pełna jest łopianów i ostów. Gdzieniegdzie taka jest, ale już powolutku zaczynam robić z nią porządek. O dziwo, udało mi się zachować rabaty z kwiatami. Jak się okazuje, pomysł, by sadzić na tyle gęsto, by chwasty nie miały dla siebie miejsca, sprawdził się doskonale.
Dzisiaj pokażę Wam maleńki skraweczek, rabatę w energetycznych kolorach, właściwie już zbliżającej się jesieni. Oto one:
Aksamitki i czerwone cynie wysokie - nie wymagały żadnej pielęgnacji, nawet podlewania, bo aura w tym roku sama regulowała dawki wody dla roślin fot. Wierzbowisko
Niby zwykła cynia, a jaka elegancka... fot. Wierzbowisko
Co roku wszędzie, gdzie jest wolne miejsce, wysiewam nagietki. Chronią rabaty przed szkodnikami, ale też suszę je na maści i kremy na zimę fot. Wierzbowisko
Nagietki nie zawsze muszą być pomarańczowe. W sprzedaży coraz więcej jest odmian dekoracyjnych, na przykład taki: żółty o pełnych kwiatach. Nie skupują go na zioło, ale właściwości ponoć ma jak ten zwykły, lekarski fot. Wierzbowisko
I to też nagietek fot. Wierzbowisko

Ziołowisko. Krem z kakao, shea i migdałów - na zmarszczki, piękną cerę i dobre samopoczucie

Nie jestem farmakologiem. Nie jestem zielarzem. Ale jestem osobą, która coraz bardziej świadomie stara się wykorzystywać w swojej kuchni, ap...