poniedziałek, 29 stycznia 2018

Warzywnik. Czy to już wiosna, czy zimy jeszcze nie było?

Dzisiaj znowu wróciłam z warzywnika z garścią zdrowej zieleniny. Z grządki zerwałam dorodne liście zielonego jarmużu, który tej zimy nawet nie przymarzł i wspaniale mu się wiedzie w tej wiosennej aurze. Niestraszne mu były mrozy do -12 stopni ani śnieg - po prostu trwa, soczysto zielony, pełen witamin i życia. Fioletowy, czyli ten bardziej ozdobny, niestety nie przetrwał tegorocznych mrozów, choć - jak na jarmuż mający znosić nawet 18 stopni mrozu - zimy praktycznie jeszcze nie było.

Co prawda skalniak już nie kwtnie (zdjęcie wykonane latem), ale oregano i mięta i wciąż mają zielone listki gotowe do zbioru fot. Wierzbowisko
Doskonale ma się też pietruszka naciowa, wysiana w jednej z moich wojskowych, drewnianych skrzyń. Zerwałam wszystkie większe listki niecałe dwa tygodnie temu, kiedy zapowiadano mrozy i zamroziłam na ciężkie czasy. Dzisiaj mogę sama siebie zapytać: - I po co? Bo pietruszka nadal ma się świetnie, wypuszcza grube, zieloniutkie, nowe liście. Te co zostały urosły na tyle, że znowu nadają się do zbioru. No to zerwałam.
Do tego dostrzegłam jeszcze u jednej z cebul dymek, zostawionych jak co roku na zimę na grządce dla wczesnego szczypioru, że tenże już jest! Ba, ma nawet pokaźny rozmiar jakiś 10 cm długości. A wysiane zdecydowanie za późno jesienią, jak na ubiegłoroczny zbiór tzw. młode listki, właśnie kiełkują. Buraczki już wystają z ziemi na kilka centymetrów.
Zamurowało mnie. No, bo żeby z końcem stycznia przynosić świeżutkie warzywa z warzywnika ulokowanego w szczerym polu z rachitycznym jeszcze jedynie dookoła żywopłotem z ptasiej wiśni i dzikiej róży? Bez żadnego okrycia, choćby z liści, o agrowłókninie nie wspominając. Tego jeszcze nie było.
Ale nie tylko warzywnik ma się dobrze. Na wierzbach pokazały się bazie, pokrzywy i mięta wypuściły młode liście, za chwilę rozkwitnie ciemiernik obsypany już wielkimi białymi pąkami kwiatów... Jak przyjdzie prawdziwa zima (oby już nie), wszystko zniszczy. Lepiej nie myśleć i cieszyć się tym, co na razie daje nam łaskawa aura.

wtorek, 23 stycznia 2018

Moja kuchnia. Jabłkowe placki z płatkami owsianymi bez mąki

Długo szukałam ostatnimi czasy przepisu na coś, co będzie prawie plackiem, ale nie takim z mąką, po prostu - zrobi się na patelni (koniecznie, bo chwilowo nie mam piekarnika). Nie będzie jednak krążkami jabłka w cieście, bo te pyszne są wyłącznie pieczone, kiedy ciasto kruche, a w środku aromatyczny, soczysty owoc. Nie będzie też to omlet z jabłkiem... Ma być szybko, lekko, bez sztywnych proporcji, bo je zapominam no i koniecznie pachnąco, niczym szarlotką. Uwielbiam zapach pieczonego jabłka, kiedy za oknem mróz. Nie jesienią, bo wtedy delektuję się dyniami, cukiniami, węgierkami i jesiennymi malinami, a zimą właśnie. Bo teraz jabłka dostępne są wszędzie, ale nie smakują już tak jak te prosto z drzewa...
Kiedy tęsknię za smakami i zapachami lata, robię np. takie właśnie placki fot. Wierzbowisko
 I znalazłam, zrobiłam przed chwilą, zjadłam, było pysznie. Zostało mi jeszcze ponad połowa masy, wstawiłam do lodówki, jutro na śniadanie będą znów gorące placki (takich z lodówki nie lubię). Przepis wygląda mniej więcej tak (mniej więcej,  bo tworzyłam go z głowy, sypałam składniki na oko i bawiłam się przy tym świetnie.
Składniki (na 12 średniej niewielkich placuszków - 1 nakładany 1 czubatą łyżką stołową masy na patelnię):
- 2 jabłka soczyste - ja wolę kwaśne, najlepiej renetę, ale każde inne też będzie dobre
- 3 garście płatków owsianych błyskawicznych (nie próbowałam z innymi)
- trochę rodzynek - jeśli ktoś lubi, ale mogą być wiórki kokosowe, jakieś inne suszone owoce np. pokrojone drobno śliwki albo nic
- trochę słodyczy - cukier puder, miód, syrop klonowy - co kto lubi i ile lubi
- odrobinę mleka do napęcznienia płatków (najwyżej filiżanka, mleko nie może zbierać się na spodzie naczynia, musi wsiąknąć w płatki)
- jajo - koniecznie, by masa się nie rozpadała
- cynamon albo wanilia - dla mnie obowiązkowe przy jabłku na gorąco, ale nie muszą być.
Jabłka kroję w kosteczkę (wtedy trzeba do masy dolać trochę mleka, by płatki zmiękły i ją skleiły). Ale można je też zetrzeć na tarce i jeśli są soczyste, puszczą sok, w którym rozmiękną płatki, wtedy może obejść się bez mleka. Dorzucić płatki, jajo, słodycz i ewentualne np. rodzynki. Mieszać długo łyżką, wgniatając składniki tak długo, aż masa troszkę zacznie się łączyć. Najlapiej dokłądnie zamieszać, odstawić na kilka minut i sprawdzić, czy płatki są miękkie. Jeśli tak - masa gotowa do smażenia. Nie przejmujcie się, że się rozpada, będzie Wam spadać z łyżki, ale o to chodzi, to nie ma być ciężki placek z mąki. Na rozgrzanej patelni z odrobiną oleju wykładaj stołową łyżką placki - czubata łyżka na jeden placek, trzeba go dognieść do dna patelni i uformować łyżką tak, by nie było przerw w masie. Smażymy powoli, co najmniej 5-7 minut z każdej strony, po tym czasie placek powinien być mocno rumiany, ale nie przypalony i nie rozpadać się, przekładany szpatułką. Z drugiej strony można smażyć nieco krócej. Mnie najlepiej smakują na gorąco.
PS. Musicie jeść je widelcem, bo w ręku raczej będą się rozpadać, ale takich ich urok. Chrupiące płatki, miękkie kawałki jabłka strzelające w zębach i ten zapach...
Smacznego!

Nie mogłam się oprzeć

Korzystając z chwili, kiedy córcia ucięła sobie przedpołudniową drzemkę, wymknęłam się na dwór z aparatem fotograficznym. Musiałam uwiecznić tę pierwszą tej zimy... zimową aurę. Bo wciąż, od kilku dni, napatrzeć się na nią nie mogę. Wyglądam przez to okno, wyglądam... A to po śniegu sobie pochodzę. A to do ogrodu zajrzę. A tam wszędzie... cudnie jest po prostu. Cieszę się jak dziecko, wiem, ale naprawdę zimą śnieg być musi. A najlepiej jak napada raz, a porządnie - tak jak kilka dni temu i będzie sobie trwał, skąpany w mrozie. Dlatego też wyszłam tylko na chwilę bez córci, bo spacer przy -11 st. C na otwartym polu z kilkumiesięcznym maleństwem nie jest najlepszym pomysłem, według mnie. Nie znaczy to oczywiście, że nie wychodzimy z domu. Wychodzimy, ale na krótko, bo mróz ścina niewinne policzki i usteczka, mimo warstwy ochronnej specyfików zimowych. Rączki marzną, mimo ciepłych rękawic... Wychodzimy sobie więc na krótki spacer na kilka minut, albo jedziemy na samochodową wycieczkę, z obowiązkowym krótkim postojem w lesie. Tam tak nie wieje i w ogóle las zimą jakby cieplejszy jest. Zdjęć z lasu nie mam, za to mam z własnego ogrodu. Do szczęścia brakowało mi jedynie słońca, które pięknie rozjaśniłoby otulony bielą krajobraz, ale trudno. Jest, jak jest... Zapraszam na krótki spacer po moim ogrodzie.

Dzika róża otulona śniegiem fot. Wierzbowisko
Pusto, cicho i biało, jak okiem sięgnąć fot. Wierzbowisko

Krwawniki zaczarowane mrozem fot. Wierzbowisko
Inna róża zastygła na pergoli... fot. Wierzbowisko
A jeszcze inne zamieniły mój bajecznie pachnący latem różany zakątek w tajemnicze królestwo lodu. Groźne, ale jakże piękne fot. Wierzbowisko
Tawuła van Houte'a - biała latem, gdy kwitnie, biała wiosną, gdy odpoczywa fot. Wierzbowisko
Żarnowiec uśpiony czeka na ciepło, by podnieść swe skostniałe wąsy ku słońcu fot. Wierzbowisko
I tylko warzywnik jest naprawdę uśpiony. Nawet jarmużu nie widać już spod grubej czapy śniegu fot. Wierzbowisko

Warzywnik. Czy to już wiosna, czy zimy jeszcze nie było?

Dzisiaj znowu wróciłam z warzywnika z garścią zdrowej zieleniny. Z grządki zerwałam dorodne liście zielonego jarmużu, który tej zimy nawet n...